Ameryka Południowa bez cenzury cz.1

26 listopada 2018, 11:28

Portal wgarniturach.pl ma zaszczyt zaprosić swoich czytelników do rozpoczęcia zapierającej dech w piersiach podróży po Ameryce Południowej jakiej dotąd nie znaliśmy, albo błędnie postrzegaliśmy przez pryzmat folderu z biura podróży.
Ameryka Południowa bez cenzury cz.1

"Za dwadzieścia lat bardziej będziesz żałował
tego czego nie zrobiłeś, niż tego co zrobiłeś.
Więc odwiąż liny,
opuść bezpieczną przystań.
Złap w żagle pomyślne wiatry.
Podróżuj. Śnij. Odkrywaj.”
Mark Twain


Razem z grupą zapalonych podróżników tworzących projekt Travel on longboard, w tym naszą redakcyjna koleżanką Moniką Nowotarską, zapraszamy do podróży pełnej pasji, trudów i wyrzeczeń, miliona kolorów, dzikiej przyrody, ciekawych ludzi oraz wspaniałych widoków jakich próżno szukać w przewodnikach dla turystów.

Być może, któryś z naszych czytelników stoi przed ważną decyzją i planuje oczyszczającą przerwę w swoim życiu zawodowym w ramach tzw. Sabbatical Year , a niniejszy reportaż okaże się inspiracją co do wyboru miejsca w którym chcielibyśmy doświadczyć bycia i odkrywania tego co „ Tu i teraz” . Pobycia samemu ze sobą w ciszy z dala od codziennego zgiełku i rozpraszających nas rzeczy, osób i myśli.

Zapraszamy do wspólnej podróży!

Pierwszy dzień w Ameryce Południowej. Dojechaliśmy do Limy i znaleźliśmy nocleg na couchsurfingu na obrzeżach miasta. Jak się okazało nie mogliśmy lepiej trafić, ponieważ nasz couch- Ronald i jego rodzina byli niesamowicie mili, spaliśmy u nich ponad tydzień z powodu pierwszy już chorób i zatruć pokarmowych. Wieczorami cała okolica tętniła życiem, było pełno straganów z jedzeniem i całe rodziny przesiadywały przed swoimi domami.

Tak wygląda typowy ośrodek pocztowy w Limie, musieliśmy posłać dużą paczkę z naszymi deskami do Polski i szczerze wątpiliśmy w jej dotarcie, ale na szczęście wszystko było ok;)

Widok ze wzgórza na biedną dzielnice Limy, slumsy. Wszyscy nas ostrzegali przed wychodzeniem w tamte rejony, mówili że jest niebezpiecznie. Jak zwykle okazało się że ludzie byli bardzo mili i uśmiechnięci, ale dziwili się, że “gringo” zapuszczają się w takie miejsca.

Świątynia na wzgórzu, przy plaży o nazwie Chacra y Mar. Brzmi pięknie, ale niestety cała okolica pokryta była śmieciami, a wszędzie wokoło pałętało się pełno bezdomnych psów.

Pierwszy raz w Pacyfiku

Droga z Limy na północ, po lewej Pacyfik, po prawej zaspy z piasku, na których mieszkali najbiedniejsi.

Peru to ciągłe czekanie. Ich hasło przewodnie to “tranquilo”, czyli spokojnie. Autobusy opóźniały się o parę godzin lub w ogóle się nie pojawiały. Jedna z naszych najgorszych tras prowadziła z Limy do Pucallpy gdzie spędziliśmy ponad 30 h w autobusie, pokonując przy tym bardzo wysokie góry, podczas czego większość pasażerów dostało choroby wysokościowej (ból głowy, wymioty), a autobus utknął w 6 godzinnym korku spowodowanym spadającymi kamieniami.

Caral- najstarszy znany ośrodek miejski na Półkuli Zachodniej i największym w rejonie Andów. Na obszarze 66 hektarów zamieszkiwało tam ponad 3000 ludzi. Obecnie zachowały się tylko ruiny piramid. Temperatura podczas zwiedzania wynosiła 45 stopni.

Plaża Chacra y mar, gdzie byliśmy wolontariuszami przez tydzień w wiosce Hare Kriszna. Na zdjęciu budujemy piec z adobe- cegieł wypalanych na słońcu, którym głównym budulcem jest glina.

Pucallpa, ostatnie miasto na skraju dżungli. Gdzie większość “knajp” serwowała makaron z olejem, a na ścianach wieszali certyfikat dumnie mówiący, że nie posiadają tu szczurów. Mimo tego, można tam było trafić na parę perełek kulinarnych, a najlepszym miejscem był tam poranny targ, gdzie soki ze świeżej papaji sprzedawali za 1 zł i wszystkie owoce były niesamowicie soczyste.

Pucallpa. Peru słynie również z platanów. Coś na wzór naszych bananów, ale nie je się ich na surowo tylko gotowane lub pieczone. Główne wyżywienie wielu ludzi. Najbiedniejsi jedli bardzo twarde platany, ponieważ wtedy mogli zrobić dwukrotnie większe zbiory, w związku z czym wykarmić więcej członków rodziny.

Zachód słońca nad Ucayali- jednym z dopływów rzeki Amazonki.

Widok z naszego hospedaje (najtańszy możliwy nocleg do znalezienia w ameryce Południowej) na Pucallpe

Najgorszy obraz jaki mam w głowie z Peru, to schorowane psy, z wypalonymi dziurami w ciele, jedzące toksyczne śmieci. Pierwszy raz też widziałam i czułam zwłoki psów, które znajdowały się wokół wielu dróg. Niestety “im głębiej w dżunglę, tym gorzej”, szczególnie jeżeli chodzi o świadomość ekologiczną, która u większości ludzi tam po prostu nie istnieje.

Statek, który miał nas zabrać w głąb dżungli. Wielkie wydarzenie dla wielu mieszkańców, ponieważ droga rzeczna była dla nich jedyną opcją transportu do większego miasta. Dlatego wielu z nich udawało się nim z dżungli po zakupy na cały miesiąc. Statek jak autobusy, nie śpieszył się z odjazdem. Ostatecznie wyjechaliśmy 3 dni po ustalonym czasie, większośc czasu spędzając poprostu na łódce, bo niestety nikt nie wiedział kiedy ona może odpłynąć.

Zachód słońca na Ucallayi


Rzeka Ucallayi była bardzo mętna i pełna odpadów. Na własne oczy widzieliśmy jak ludzie jedli obiad z jednorazowych opakowań i wyrzucali za siebie śmieci prosto do rzeki. Nie wspominając że łódka płynęła 5 dni, i wszyscy pasażerowie korzystali z właśnie tej wody pod prysznicami. Nie trzeba więc chyba wspominać, że w związku z tym my przez te parę dni po prostu się nie myliśmy;)

Widok na wioskę przy rzece Ucallayi

My płynęliśmy statkiem tylko 4 dni. Życie tam płynęło bardzo wolno i w wielkim upale. Byliśmy jedynymi z 5 “gringo” na pokładzie, co można było odczuć, ponieważ wszyscy bardzo nam się przyglądali a większość dzieci wytykała nas palcami. Mimo tego ludzie byli bardzo mili, jednak tłok był niesamowity i podczas spania w hamaku stykało się z każdej strony z hamakami innych ludzi.

Zwiedzanie rezerwatu Pacaya-Samiria.

Modliszka.



wgarniturach

Autor artykułuMonika Nowotarska26 listopada 2018, 11:28

Redakcja portalu

Daniel Gatner

Kamila Sowa

Monika Nowotarska